Mapa z lotu ptaka

Czytasz posty znalezione dla słów: Mapa z lotu ptaka





Temat: Newsy 2008
Jeszcze o lotniczej mapie Wrocławia:

[WROCŁAW]

Zobacz w necie, kto ma bałagan na podwórku

Karolina Łagowska 2008-06-16, ostatnia aktualizacja 2008-06-16 15:08

Lotnicze mapy Wrocławia z naniesionymi budynkami i ulicami oraz informacją o granicach i numerach działek już za miesiąc będą dostępne dla każdego w internecie. Po trzech latach właśnie zakończyła się budowa Systemu Informacji Przestrzennej
O zakończeniu budowy Systemu Informacji Przestrzennej poinformowali w poniedziałek miejscy urzędnicy. Nad projektem pracowało kilkadziesiąt osób przez ostatnie trzy lata. Kosztował prawie 3,5 miliona złotych, z czego większość sfinansowała Unia Europejska.

Czym jest system?

Jego główny składnik - ortofotomapa Wrocławia, czyli plan, na którym powierzchnia jest wiernie odwzorowana przez zdjęcia, została złożona z blisko 4,5 tys. fotografii. Jest pięciokrotnie bardziej dokładna niż podobna na stronach Google, która powstała w oparciu o zdjęcia satelitarne. To pierwsza w Polsce tak duża i tak dokładna ortofotomapa. Porównywalne są w Niemczech i we Francji.

Rozdzielczość jest tak dobra, że na wrocławskiej mapie widać np. ławki, pojedynczych przechodniów, wzory kostki brukowej czy też kominy i anteny satelitarne na dachach. A nawet gołębie siedzące na bruku. Wszystkie zdjęcia zajmują ok. 300 gigabajtów, zaś cała mapa z różnymi nakładkami ponad tysiąc gigabajtów.

Wojciech Adamski, wiceprezydent Wrocławia: - To przedsięwzięcie z pogranicza informatyki, kartografii i zarządzania. Dzięki dostępowi do baz danych potencjalny inwestor sam będzie mógł znaleźć tereny, jakich szuka pod inwestycje. Do tej pory musiał prowadzić w tej sprawie długotrwałą korespondencję z urzędem miejskim.

Korzyści jest o wiele więcej: każdy internauta zobaczy Wrocław z lotu ptaka, mieszkańcy zlokalizują własne domy, a turyści będą mogli zobaczyć, gdzie są zabytki i zaplanować trasę wycieczki. Wybrane charakterystyczne obiekty zostaną pokazane w wersji trójwymiarowej.

Bazy danych, które będą dostępne w systemie, zawierają m.in. informacje geodezyjne i adresowe. Na razie dostęp do nich ma około 400 urzędników miejskich departamentów: architektury i rozwoju, infrastruktury i gospodarki, nieruchomości i eksploatacji, czy wydziału bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego. - Ale dostęp wciąż się poszerza. Wkrótce z systemu będą korzystać urzędnicy miejskich spółek i wojewódzki konserwator zabytków, a od wakacji wszyscy internauci - mówi Jadwiga Brzuchowska, pełnomocnik prezydenta ds. systemu informacji przestrzennej. - W wersji powszechnie dostępnej zabraknie danych, które naruszałyby prywatność, takich jak dane właścicieli gruntów - tłumaczy Jadwiga Brzuchowska, pełnomocnik prezydenta Wrocławia ds. systemu informacji przestrzennej. - Internauci nie dowiedzą się, kto w danym budynku mieszka.

Bez problemu będą mogli za to zrobić to urzędnicy. Dlatego system ma być taką rewolucją także w zakresie bezpieczeństwa miasta.

Wiceprezydent Wojciech Adamski: - Używając niektórych opcji ortofotomapy, w przypadku np. powodzi będziemy mogli szybko dowiedzieć się, jakie tereny i budynki zagrożone są zalaniem, ile osób jest zameldowanych w danym budynku i szybko skontaktować się z nimi, gdy nadejdzie potrzeba ewakuacji.

System działa na czterech serwerach, z czego jeden jest zarezerwowany właśnie dla sztabu kryzysowego.

Ortofotomapa i wszystkie bazy danych będą na bieżąco uaktualniane.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław

http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751 ... worku.html





Temat: 1
Przeniesione z tematu: "Meldunek przyniósł gołąb"

********
Temat: Re: Meldunek przyniósł gołąb
wyslane przez koleżanka damy dnia 2004-06-10 23:38:46
[przegladarka]

W odpowiedzi na : Re: Meldunek przyniósł gołąb wyslane przez Gruby dnia 2004-05-19 10:14:00:

: To jednak była bitwa pod Lenino, a nie pod Trygubową.
: Trygubowa i Połzuchy, to wiochy leżące nieco na północny zachód od miasteczka Lenino, które przed rewolucją nazywało się Romanowo
:
kol.

7 października 1943 roku polscy żołnierze, po przerwanym po raz kolejny szkoleniu zostali podporządkowani dowódcy 33. armii sowieckiej, gen. Wasilijowi Gordowowi.
Musieli przemaszerować 200 km na zachód - w rejon znajdującej się w rękach niemieckich Orszy. Dlaczego tak się stało, nie mógł zrozumieć nawet potulny Berling.
Niedoszkoloną dywizję skierowano nad błotnistą rzeczkę Miereję niedaleko miejscowości Lenino.

Polaków postawiono naprzeciw oddzielonych rzeczką wsi Połzuchy i Trigubowa. Druga z tych wsi, leżąca bardziej na południe, zapisywana też była jako Trygubowo (dziś nosi nazwę Kościuszkowo).
Natarcie piechoty miało się zacząć 12 października o godz. 10 rano, po 100-minutowym przygotowaniu artyleryjskim, które zaczęło się o godzinę później (przesunięte z 8.20 na 9.20)i urwało po 40 minutach, około godz. 10.
Mimo trudnych warunków Polacy wykonali swoje zadanie; zdobyli Połzuchy...cdn.

To Wanda Wasilewska wpadła na pomysł propagandowego triku: bitwę pod Trygubową nazwano bitwą pod Lenino. W ten sposób nieudany chrzest bojowy dywizji złączony został z nazwiskiem sowieckiego przywódcy i nikomu nie mogło przyjść do głowy, iż bitwa pod taką miejscowością mogła być klęską.

[na podstawie osobistych notatek lejtnanta Grubego, dotychczas niepublikowanych - w posiadaniu autora, kol. damy]

*********************

KOMENTARZYK:

Koleżanko damy, po pierwsze primo wszystkie notatki Grubego są w posiadaniu Grubego, z wyjątkiem tych wykradzionych przez ubeków ;-(((

Po drugie primo te Twoje rewelacje są chyba pisane przez jakiegoś domorosłego Freda – wiecej w nich fobii, propagandy i jadu niż rzetelności idbałości o fakty - nic wiec dziwnego, ze bzdura goni bzdurę

O ile pamiętam, chociaż być może według Ciebie to również tylko propagandowy przekret Wandy Wasilewskiej, 1 DP im. T. Kościuszki została sformowana w Sielcach nad Oką.

W kierunku frontu dywizja wyruszyła 31 sierpnia 1943 r. i bynajmniej nie pod Lenino, a w rejon Wiaźmy.
I nie pieszo, a ni konno tylko konwencjonalnie transportami kolejowymi.

Jeżeli masz jakąś mapę, oczywiście taką która nie została sfałszowana przez Wasilewską, no i potrafisz się nią (mapą nie Wasilewska) posługiwać, to powinnaś sama ustalić, że z Sielc do Wiaźmy jest w prostej linii około 330 km w lotem ptaka, ale koleją przez Moskwę będzie pewnie ze 450 km

Transporty dywizji docierały w dniach od 2 do 4 września, potem przez tydzień trwało przegrupowywanie, a od 10 września zaczęło się forsowne szkolenie bojowe .
Nawiasem mówiąc ostrą amunicję dywizja dostała DOPIERO 12 września!!! ;-(((

Pobyt w rejonie przyfrontowym przedłużono do 3 tygodni i dopiero 23 września dywizja wyruszyła na front, tym razem rzeczywiście pieszo.

Preludium bojowe miała 25 września, kiedy to była w drugim rzucie natarcia na Smoleńsk i poniosła pierwsze straty od niemieckiego ognia.

Po trzecie prima, gen. Berling nie był taki znowu potulny. Starczyło mu rozsadku i przede wszystkim odwagi aby WYMIGAĆ się z udziału w bezpośrednim natarciu na Smoleńsk, z którego zapewne niewielu by wróciło żywych..

W rezultacie tej „potulności” dywizja została zwolniona z zaszczytu zdobywania Smoleńska, do czego była kompletnie nieprzygotowana i dostała inny przydział do 33 armii gen. Gordowa.
9 października dywizja została skoncentrowana w rejonie miejscowości Ładiszcze, Budy, Pankowo, Nikołajewka – w odległosci kilku do kilkunastu km od frontu i weszła faktycznie / fizycznie ;-)/ w skład 33 armii Gordowa.
Następnego dnia Polacy zluzowali jednostki radzieckiej 42 dywizji i objęłi w posiadanie 3 km pierwszej linii frontu..

A zanim tu dotarli, musieli przedreptać z rejonu Wiaźmy najmarniej 250 km. Tak więc ich podróż na front z obozu nad Oką liczyła razem około 700 km i to raczej więcej niż mniej.

Tyle co do wędrówki na front i potulności gen. Berlinga.
O wyszkoleniu i nazwie w następnych odcinkach






Temat: GEZnO - górskie ekstremalne zawody na orientację
to ja coś napiszę od siebie po 4 godzinach snu.
Było nas 5 sztuk: Staszek Kłosowski, Grzesiek Czubaj, Michał Żurawski i Michał Miazga no i Ja
Startowaliśmy w kategorii Turystycznej Ekstremalnej która wiodła nas po Paśmie Radziejowej i części Pienin trasą 47 kilometrową (w lini prostej między punktami, tzw lotem ptaka - co w praktyce dawało prawie 70 kilometrów w realu, no i plus 4000 m podejść)
łącznie do zaliczenia było chyba 26 punktów - 8 na mapkach w skali 1:15 000 i 18 na mapie 1:50 000
Przy czym rzecz była o tyle utrudniona że istniały punkty mylne i stowarzyszone wyglądające tak samo jak normalne ale mające na celu zmylenie uczestników. Za zaznaczenie uznanie takiego punktu za prawidłowy dostawało się punkt karne.
Całość trasy w naszej kategorii składała się z dwóch pętli - pierwsza (ok2/3 całości) głównie po Paśmie Radziejowej i Pieninach na zachód od wąwozu Homole. Druga pętla (1/3 trasy) to nie licząc pierwszego punktu Pieniny na wszchód od wąw. Homole. Główną bazą imprezy było Schronisko pod Durbaszką
Michał M. ruszył o 24 a pozostali godzinę wcześniej w piątkowy wieczór. Na początek zrobiliśmy punkty z mapki 1:15 000 co zajeło nam ok 2,5 h następnie sprawnie jak na nocną porę pognaliśmy dalej. Pogoda generalnie była rewelacyjna. W ogóle nie padało, niebo na początku zachmurzone przetarło się już na początku więc księżyc świecił bardzo mocno. Generalnie punkty były wymagające zarówno topograficznie jak i fizycznie. O ile z topografią nie mieliśmy większych problemów to nasze organizmy nie pozwalały o sobie zapomnieć. Pierwszą pentlę zrobiliśmy w 19 godzin. doszliśmy do schroniska o 18 w sobotę(Michał M. doszedł do schroniska po pierwszej pętli 10 minut po nas). Po drodze zaliczyliśmy kebaba w Szczawnicy. W sumie pierwsza pętla przebiegła sprawnie i bez większych historii. natomiast druga pętla dała się bardziej we znaki.
Wyruszyliśmy na nią już w piątkę. Michał M. jako że znał okolice wawozu Homole jak własną kieszeń uraczył nas miłym skrótem i sprawnie zaliczyliśmy pierwsze dwa punkty. Potem się rozdzieliliśmy. Dwa Michały wykazując się wielką ambicją i chciały zaliczyć prawie wszystkie punkty i zrobić całość pętli (poza punktem nr17 na totalnym zadupiu po słowackiej stronie) a my we trzech mając już różne haluny i kilka kontuzji olalismy trzy punkty i ruszyliśmy skracając pętlę o prawie połowę. Po drodze dopadły nas masowo kryzysy (przynajmniej mnie i Staszka), halucynacje (od dziwnych stworów, po tajemnicze postacie tu i tam) i bolące kolana. jakoś doczołgaliśmy się do mety zaliczając po drodze jeszcze punkt na Wysokiej i o 1.27 już w niedzielę pojawiliśmy się w schronisku. Łącznie mieliśmy 360 pkt karnych za opuszczenie 4 punktów kontroplnych (15,16,17,19) i 147 pkt karnych za przekroczenie limitu 24 godzin. Okazaĸło się że wszystkie punkty jakie zaliczyliśmy były poprawne co było żadkością. Co do Michałów, to doszli na metę o 3.08.
Generalnie impreza bardzo fajna. Organizacja ze strony SKPB Warszawa miła i fachowa. Najlepsze było piwo dla każdego na zakończenie trasy;) Trasy były ekstremalne nie tylko z nazwy. Najgorsze były wieczne łychy między punktami. W porównaniu z wiosennym Kieratem limanowskim to impreza jest bardziej kameralna (na razie; było ok 120 osób), o wiele trudniejsza pod względem topograficznym i podobna jeżeli chodzi o wysiłek fizyczny.
Nasz start trzeba uznać za raczej udany, w końcu nie jesteśmy biegaczami. Najistotniejsze jest że nie popełnilismy żadnego błędu topograficznego z punktami i pokazaliśmy się jako silna grupa z SKPB Lublin.

PS. Sądzę że jak pojawia się gdzieś w sieci skany map to będzie łatwiej ocenić trasy i ich trudność.
PS.PS.jeżeli coś napisałem bez sensu lub nieskładnie to wybaczcie, jeszcze się nie wyspałem



Temat: Podziemia na lotnisku w Pile
Nie żebym się czepiał, ale myślę, że w wypowiedzi piotrkadm1983 znalazło się kilka nieścisłości, które mogą świadczyć o sporej fantazji i umiejętnościach literackich.


Na czas tych prób w okresie 87-88 trzy ostatnie kondygnacje Hotelu Rodło zostały zamknięte i dokłądnie strzeżone przez prawie dwa lata .

Było późne lato 1987, kiedy rodzina z Katowic wracając znad morza zatrzymała się na nocleg w Pile. Nocleg w Rodle. Dziwnym trafem na korytarzach nie było żadnego urzędnika bezpieki, milicji czy podobnej instytucji, a wszystkie guziki w obydwu windach dały się bez problemu wcisnąć, i takim sposobem znaleźliśmy się na ostatnim piętrze, skąd podziwialiśmy widoki miasta.
Nie dalej jak w 1988 odwiedzili nas znajomi z Niemiec. Także z nimi byłem na ostatnim piętrze hotelu. Bez żadnego problemu.


Nikomu nie wolno było tam przebywać , a co dopiero patrzeć przez okna na teren lotniska skąd płytę i całe lotnisko widać najlepiej w mieście.

Obawiam się, że najlepiej w mieście płytę lotniska widać z ostatniego piętra wieżowca przy Wojska Polskiego 35c (z 35b nieco gorzej, bo widok przesłania 35c), i następnych: Matwiejewa 11a, 11b i 11c. Żaden z tych wieżowców nie został zamknięty, z ostatnich pięter nikt nie został przymusowo eksmitowany. Co więcej: w każdym z tych wieżowców na ostatnim piętrze znajduje się pralnia-suszarnia z oknami na lotnisko, a co jeszcze więcej - w każdym z tych wieżowców okna klatki schodowej znajdują się po stronie umożliwiającej swobodną obserwację lotniska. W tamtych latach w żadnym z nich nie było domofonu, do bloku mógł wejść każdy kto chciał.
Przypominam sobie natomiast taką historię, że gdzieś w okolicach 1985-86 właśnie w Pile złapano dwóch Holendrów, którzy robili zdjęcia lotnisk wojskowych w Polsce. Urban w telewizorze powiedział, że schwytano zachodnich szpiegów, ale myślę sobie, że to mogli być po prostu jacyś pasjonaci, z tych co to teraz swoje zdjęcia publikują np. na www.airliners.net.


Zdjecie piły z lotu ptaka jest szpiegowskim zdjęciem satelitarnym wykonanym przez samolot zwiadowczy sił NATO , jak najbardziej pochodzi z 87 roku i należy zadać sobie pytanie , czemu czas zdjęcia oraz próby wojsk radzieckich z dostaniem się pod lotnisko spotkały się w tym samym czasie.

Ojej... Zdjęcie satelitarne wykonana przez samolot? Kurczę... Ta technika...
Skąd w ogóle takie informacje? Obawiam się, że może to być zdjęcie (jeżeli mowa o zdjęciu, do którego link ktoś tutaj wrzucił) wykonane przez samolot fotogrametryczny. Fotogrametria to taka dziedzina fotografii, która zajmuje się fotografiami na podstawie których wykonuje się mapy.

Poza tym nie mam pojęcia skąd masz takie sensacyjne informacje o podziemnych tunelach pod rzeką, do Kaliny, do K10, i skąd możesz wiedzieć, że są zalane wodą, i w jaki sposób to, że są zalane wodą ma dowodzić tego, że ciągną się pod rzeką... Jakiś bełkot.



Temat: Krótki żywot najemnika
//mapki chwilowo brak, albowiem me możliwości i umiejętności graficzne wręcz przygniatają... ale postaram się opisać co i jak jeszcze raz dokładnie//

Makram westchnęła, wychylając się odrobinę.

- Faktycznie. To chyba nic - szepnęła.

Zdawała się być dość spokojna. Altharis pamiętał, jakie wielkie emocje towarzyszyły srebrnym elfom podczas obrony miasta. Zdecydowanie, nie była to rasa, która sztukę wojny umiłowała tak, jak jej mroczni kuzyni. Mimo to zdumiewała, jak w sytuacjach próby i zagrożenia potrafiła się zmotywować do działania.

Sam Altharis był tego najlepszym przykładem. Z jednej strony magik, niczym modelowy przykład swojego ludu... z drugiej jednak podróżnik i awanturnik. Osobowość pełna przeciwieństw to jakże nie-elfia cecha.

Niemniej jednak, teraz bohater zamyślił się przez chwilę, wlepiając wzrok w gęstwinę trzcin i tataraku. Próbował jeszcze raz nakreślić sobie w wyobraźni mapę okolicy. Jak to wyglądałoby z lotu ptaka?

Cały oddział pojawił na niewielkim, piaszczystym wzniesieniu dokładnie na południe od zrujnowanej wioski. Właśnie wśród tych ruin miało znajdować się wejście do siedliska Tal'Nahr. Altharis dobrze pamiętał, iż z tego pagórka dało się zobaczyć całą okolicę. Na południu ciemniała - do tej pory widoczna - ściana lasu. Ten las nikogo jednak nie interesował. Grupa podzieliła się na trzy oddziały. Jedna udała się po łuku na wschód od pagórka, by zajść wioskę od prawej strony. Druga, przekroczyła pagórek, kierując się na północ, by pilnować wioski od frontu, od dołu. Z kolei Altharisowi przypadła wędrówka na zachód od pagórka. Pokonali z Makram dystans niecałego kilometra, aż dotarli do brzegu jeziora. Jezioro owo nie blokowało im drogi do wioski - stanowiło tylko niejako naturalną barierę, która uniemożliwiała im dalszy zwiad. Mogli z tego miejsca spokojnie kontynuować marsz po lekkim łuku, by ostatecznie wkroczyć do wioski od strony zachodniej, od lewa. Droga wiodła jak do tej pory, przez płaski teren porośnięty niską trawą, z rozsianymi gdzieniegdzie kępkami krzaków, nie dająca wielkiego pola do ukrycia się, ale za to to samo można było powiedzieć o ewentualnych Tel'Nahr w okolicy.

Tego, co znajdowało się za wioską, na północy, Altharis z pagórka nie widział.

Z grubsza tak to wszystko wyglądało.

- Dziwne... - szepnęła Makram, wciąż patrząc na łódkę - ...nie sądzisz?

Altharis drgnął. wyrwany z zamyślenia. Faktycznie. Kucali w tym miejscu już parę dłuższych chwil, nasłuchując, ale skrzypienie drewna, które wtedy zwróciło ich uwagę, nie powtórzyło się. Gdyby to łódka, lub cokolwiek naturalnego wywoływało podobny dźwięk, chyba powinien się on już powtórzyć w jakiś sposób?

Poza owadami, szumem wody i wiatru, oraz stukaniem łódki o pomost nic jednak nie docierało do uszu dwójki elfów.



Temat: Kompas w oku
Specyficzna budowa oka pozwala ptakom orientować się w przestrzeni i docierać do odległych nieraz miejsc – twierdzą naukowcy. Do obrania właściwego kursu wystarczy im nawet bardzo słabe oddziaływanie pola magnetycznego Ziemi.

Wiadomo, że korzysta z niego przy odnajdywaniu drogi około 50 gatunków zwierząt, naukowcy zastanawiali się jednak, jak to możliwe – jest ono przecież zbyt słabe, by oddziaływać na system nerwowy. Teraz pojawia się teoria, według której w oku ptaków i innych zwierząt może zachodzić wiele złożonych reakcji fotochemicznych, pomagających korzystać z wewnętrznego kompasu. Profesor Peter Hore, chemik z Oxford University wyjaśnia: – Ponieważ pole magnetyczne Ziemi jest bardzo słabe, trudno było zrozumieć, jak może ono wpływać na zmysły zwierząt i pomagać im w nawigacji. Nasze eksperymenty z zastosowaniem modelu chemicznego wykazały, że pewne cząsteczki wykrywają słabe pola i reagują na nie. Podobne procesy mogą zachodzić w ptasiej siatkówce, skąd dzięki reakcjom fotochemicznym wysyłane są sygnały pomocne w orientacji.

Naukowcy dowiedli, że zwierzęta potrafią korzystać z wielu wskazówek pomagających im w migrowaniu na znaczne odległości i wracaniu na te same tereny lęgowe i żerowiska. Są to między innymi znaki wizualne, pozycja Słońca na niebie w dzień i gwiazd w nocy, a nawet zapachy miejsc mijanych po drodze.

Ale w ostatnich kilkudziesięciu latach stwierdzono, że ptaki, ssaki, żółwie morskie, a nawet owady potrafią korzystać z pola magnetycznego Ziemi jako kompasu dla uchwycenia określonego kierunku lub mapy pomocnej w ustaleniu swego położenia.

Jedna z hipotez mówi, że zwierzęta robią to dzięki cząsteczkom zawierającym żelazo, zwane magnetytem, reagującym na północno-południową oś pola tak samo jak igła kompasu, zawsze odchylająca się ku północy. Ale profesor Hore i współkierujący oksfordzkim zespołem badaczy Christiane Timmel wskazują na inny możliwy mechanizm i wyjaśniają w czasopiśmie „Nature” jego działanie.

Zamiast magnetytu ptaki mogą wykorzystywać zdaniem naukowców światłoczułe cząsteczki przybierające w zależności od kierunku pola magnetycznego dwa różne stany chemiczne.

Cząsteczka użyta w eksperymencie była inna niż w przypadku ptaków, ale profesor Hore twierdzi, że podobne, o takich samych właściwościach, występują w ptasiej siatkówce. – To jedno ze źródeł ich informacji. Nie da się używać go, gdy jest ciemno, ale ptaki mogą korzystać z niego o zmierzchu, by ustalić kierunek nocnego lotu – wyjaśnia. – Przez miliony lat ptaki również inne zwierzęta wykształciły ogromnie czułe kompasy chemiczne. Ich działanie dopiero zaczynamy rozumieć. Nasza praca jest próbą określenia zasad jego funkcjonowania.

Niezwykłe loty

Białorzytka Oenanthe oenanthe: z północno-wschodniej Syberii na południe Afryki, nad Himalajami

Rybitwa popielata Sterna paradisaea: jedyny ptak docierający do obu biegunów

Kobczyk amurski Falco amurensis: z Chin na południe Afryki, nad Indiami i Oceanem Indyjskim

Burzyk cienkodzioby Puffinus tenuirostris: z Alaski do wschodniej Australii, nad znaczną częścią Pacyfiku

Myszołów preriowy Buteo swainsoni: z Ameryki Północnej do Południowej, nad Andami i Amazonką

Źródło: The Independent



Temat: "Tatrzańskie Wakacje"
Dzień Trzeci

Dniem trzecim był poniedziałek. Z samego rana, po śniadaniu obraliśmy sobie cel wyprawy– dwudniową wycieczka przez Tatry Zachodnie. Spakowaliśmy plecaki, zawiadomiliśmy recepcję naszego hotelu o planowanej trasie naszego pochodu oraz o tak zwanym „czasie alarmowym” – kiedy mają wezwać TOPR i ruszyliśmy w drogę. Po wizycie w sklepie udaliśmy się na przystanek busów, skąd pojechaliśmy do Kuźnic.
- No to co robimy, czekamy, czy idziemy? – zapytała Ania
- No chyba czekamy – odparła Patrycja
(głos spikera) <<Przewidywany czas oczekiwania na wjazd – 3 godziny>>
- Chyba jednak pójdziemy, zmieniłam zdanie
- Masz rację, lepiej będzie podejść – zakończyłem tę rozmowę.
Podeszliśmy więc do budki z biletami, kupiliśmy 3 ulgowe i weszliśmy na szlak.

Ludzi praktycznie nie było, więc szlak mieliśmy prawie dla siebie. Szliśmy sobie normalnym tempem rozmawiając o różnych rzeczach. Wydawałoby się, że całe Tatry są w tej chwili tylko dla nas! I tak powoli szliśmy, nawet nie zauważyliśmy, jak przeszliśmy obok budynku na Myślenickich Turniach. Teraz szlak kierował nas z doliny Suchej Kasprowej na trawers Suchej Czuby. Teraz zaczęła najgorsza część trasy – stok jest mocno nasłoneczniony, stromy a droga dłuży się i dłuży. Na szczęście tak byliśmy zajęci rozmową, że bez żadnych problemów, po dwóch i pół godzinie marszu (pół godziny krócej niż ustawa przewiduje!) doszliśmy na sam szczyt Kasprowego Wierchu, narciarskiej góry polski. Tam zrobiliśmy pierwszy, krótki odpoczynek, po którym ruszyliśmy na podbój Czerwonych Wierchów. Najpierw jednak trzeba przejść granią na Kopę Kondracką, trawersując skalne wierzchołki Goryczkowej Czuby i Suchego Goryczkowego Wierchu. Szlak prowadzi tam przeważnie po słowackiej, łagodniejszej stronie stoków, gdyż po stronie polskiej szczyty te obrywają się pionowymi urwiskami. Warto zwrócić uwagę, że w przypadku bardzo dużego zachmurzenia dość prawdopodobnym scenariuszem jest tutaj zabłądzenie, którego konsekwencją może być lot bądź ugrzęźnięcie w ścianie. (polecam lekturę książki „Wołanie w Górach”).

Po półtoragodzinnym marszu znaleźliśmy się na Kopie Kondrackiej. Tam rozłożyliśmy się na trawce i zarządziliśmy dłuższy postój. Siedzieliśmy i jedząc podziwialiśmy to, co zrobiła dla nas natura. Giewont, Świnica oraz inne piękne szczyty mieliśmy w zasięgu naszego wzroku. Czuliśmy się wolni, tak, jakbyśmy byli ptakami lecącymi ponad tymi wszystkimi monumentalnymi cudami ziemi. Po posiłku jeszcze długo się nie ruszaliśmy. Po prostu podziwialiśmy. Koleżanki zaczęły się opalać, słońce bowiem operowało dość mocno, a ja zacząłem przeglądać mapę. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, postanowiłem wejść jeszcze na Tomanową Przełęcz. Jest to wcięcie w głównej grani Tatr Zachodnich, na granicy Słowacji i Polski. Z Doliny Omanowej idzie się nań odkrytym terenem, dość stromo, po sypiących się spod nóg kamieniach. Mimo, iż byliśmy wyćwiczeni i silni, to jednak ta trasa dała nam nieźle popalić. Zrobiliśmy więc dłuższy niż poprzednie odpoczynek.

Nie wyszło nam to jednak na dobre. Byliśmy tak zmęczeni, że momentalnie usnęliśmy. Jako, że nikt nie przychodził, zbudziły nas kropelki padającego dżdżu. Spaliśmy jakieś trzy godziny! Całe niebo zaciągnęło się szarymi chmurami, w których tonęły już pobliskie szczyty. Ponadto nieuchronnie zbliżała się noc. Była już godzina 20 i trzeba było schodzić do schroniska. Ale jak? Co prawda, z nocą jeszcze byśmy sobie poradzili (na wszelki wypadek wziąłem ze sobą trzy czołówki), jednakże co zrobić z chmurami, które już zawładnęły przełęczą i schodziły coraz niżej?
- Tego się obawiałem – powiedziałem
- Hmm. Jest źle – potwierdziły chórem dziewczyny – co robimy?
- Ja proponuję schodzić, ponieważ mgła jest jeszcze dość rzadka, a potem może być gorzej
- Tak zróbmy – skwitowała Patrycja
No bo cóż można było robić innego? Czekać na poprawę? A jeśli by jej nie było? Dzwonić po TOPR? Nie było sensu, gdyż widoczność była jeszcze w miarę dobra. Założyliśmy więc czołówki i zaczęliśmy schodzić. Posuwaliśmy się bardzo powoli, aby nie zabłądzić. Czasami trzeba było wracać do ostatniego znaku, jednakże systematycznie zbliżaliśmy się do granicy lasu. Tam było już łatwiej po godzinie 23 dotarliśmy do schroniska na hali Ornak. Aczkolwiek byliśmy bardzo głodni, gdyż oszczędzaliśmy nasze zapasy na następny dzień, nic nie zjedliśmy, zdjęliśmy kurtki i buty i rzuciliśmy się po prostu na łóżka i zasnęliśmy tak, jak staliśmy – w koszulach, spodniach, skarpetach. Byliśmy tak zmęczeni, że zmianę garderoby zostawiliśmy na następny dzień.



Temat: KIESZOZWIERZE
Jeremi
Skradasz się niczym zawodowy łapacz kieszozwierzy. Ogółem - uświadomiłeś sobie że mogliby Cię zamknąc w poprawczaku za kłusownictwo, bo ministerstwo gospodarki zauważyło nisamowity spadek populacji wszelkich dzikich zwierząt w całym kraju. W sumie nikt juz praktycznie nie używa określenia zwierzę ponieważ zostało wyparte przez słowo kieszozwierz. W każdym razie, stawiasz powoli kroki po suchych zbrązowiałych liściach, które leżą tu od kilku zeszłych jesieni powoli gnijąc i zamieniając się w ziemię. Jesteś już dostatecznie blisko dzięcioła. Znaczy, widzisz jego czerwony łepek. ucichł na chwilę - mógł Cię zauwazyć. Powoli wyjmujesz szarą kieszopiłkę ptaków. Robisz szeroki zamach, kieszopiłka pofrunęła! Wiatr ją zdmuchnał nieco, jednak to tylko Ci pomogło - trajektoria lotu sie poprawiła, kieszopiłka leci prosto w cel. Dzięcioł odskakuje! Kieszopiłka odbiła się od drzewa i leci gdzieś w ściółkę, między chaszcze - niedaleko jednej ze ścieżek.

Jeremiasz ŁAPIE SAŁAKĘ!

Sałaka
Płeć:Samiec
Poziom:2
Życie 1/4
Zdolności:
Uniki
stuknięcie

Asz
Wychodzisz z wody. I widzisz jakiegoś arabskiego pedała z wysokim czołem, włosami ułozonymi w jakieś zjebane mangowe igły. Ma na sobie zieloną kamizelkę i pomarańczowy tiszert. przy pasie ma przynajmiej dwie kieszopiłki, które szybko migneły Ci przed oczami, bo zasłoniła je zielona kamizelka.

Mosze
Nie zauważyłeś we wsi nic prócz kościoła. Myślisz, że skoro nie ma synagogi to muszą tu byc bardzo nietolerancyjni ludzie. Idziesz dalej. W końcu natrafiasz na tablicę z mapą puszczy. Poniżej napisane jest:
Drogi trenerze kieszozwierz, od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku nasze kochane państwo objęło ojcowskim opiekuńczym ramieniem resztkę drzewostanu który niegdyś rozciągał się od atlantyku aż po ural. Mamy nadzieję, że zwiedzając naszą puszczę, nie zranisz żadnego zwierzęcia (staroświeckie słowo -myslisz) ani nie będziesz śmiecić. Ważne dla nas jest aby teren pozostał praktycznie nietknięty przez ludzi.
Życzymy rychłego odnalezienia Roberta Czochracza - Zarząd Białowieskiego Parku Narodowego.
W sumie nie widzisz w okolicy żadnego Gimnazjum. Po drodze spotkałeś wielu ludzi strasznie brudnych, w poszarpanych ubraniach i zapuszczoncyh brodach, którzy zmierzali do hotelu kieszozwierz. To chyba nie wrózy najlepiej.

Tomasz
Przypomina Ci się że była w szlafroku i kapciach. Szybko popędziłeś do łazienki. Jednak tam szlafroka nie było. Polecialeś do sypialni starych - jednak tam też szlafroka nie ma. Gdybyś miał kieszodex, mógłbyś wykryć sygnał kieszopiłki, jednak nie masz. Co robić, co robić?




Strona 2 z 2 • Znaleziono 83 wypowiedzi • 1, 2  

Powered by WordPress. Design by Free WordPress Themes.